Na portalu www.purepolishsociety.com ukazał się ciekawy artykuł „Między historią a mitem -Stadnina Koni Janów Podlaski”, w którym autor dekonstruuje niektóre popularne wyobrażenia o tej kultowej stadninie. Dążenie do prawdy jest chwalebne, jednakże przy całym szacunku dla historii, odróżnić należy mity od pewnych uproszczeń i uogólnień stosowanych dla potrzeb narracji marketingowej.

Hodowcy arabscy, nawet ci najwięksi, wśród których najczęściej wymienia się Andrzeja Krzyształowicza i Ignacego Jaworowskiego jeszcze do początku lat siedemdziesiątych uważali, że główną rolą czystej krwi arabskiej jest „ulepszanie” innych ras. Ogiery arabskie jako tzw. „ameliatory” kryły klacze w niektórych stadninach półkrwi. Kiedy więc do Polski „za żelazną kurtynę” zaczęli przyjeżdżać przywożeni przez Animex pierwsi klienci z „wolnego świata”, polscy hodowcy odkryli nieśmiałe możliwości zbytu. Ci zagraniczni pionierzy, a warto pamiętać ich nazwiska: Patricia i Sonya Lindsay z Anglii, dr Eugene La Croix, czy słynny amerykański reżyser Mike Nichols, kupowali polskie konie, zachwycali się ich jakością, urodą, charakterem, zdrowiem, ruchem, wygrywali tymi końmi pokazy. Powstało wtedy wśród polskich hodowców naiwne mniemanie, a niektórzy do tej pory tak uważają, że „nasze konie są tak dobre, że sprzedają się same”.

W rzeczywistości rynek koni arabskich czystej krwi to najtrudniejszy segment końskiego rynku. W przeciwieństwie do koni sportowych i wyścigowych, gdzie obiektywną wartość ustala się na podstawie twardych wyników, o wartości konia arabskiego decydują głównie subiektywne czynniki: uroda, sposób prezentacji, kreacja, reklama. Od lat rynek jest kontrolowany przez międzynarodową klikę sędziów, trenerów i prezenterów, którzy jednocześnie są kreatorami rynku i pośrednikami pomiędzy hodowcami i nowymi nabywcami, których udało się przekonać do splendoru bycia hodowcą. Przy tym każdy nabywca sam w końcu staje się konkurentem, zmuszonym po kilku latach   do szukania zbytu na swoje konie. „Throat cutting business”, czyli biznes podrzynania gardeł, tak ten interes nazywa się po amerykańsku.

Na potrzeby twardej walki konkurencyjnej używaliśmy haseł, które stały się rozpoznawalnymi markami polskiej hodowli czystej krwi. Marka „Pure Polish” została wymyślona przez zaprzyjaźnionych hodowców amerykańskich w kontrze do marki „Straight Egyptian” i szerzonych przez konkurencję opinii o „nieczystości polskich rodowodów”. Druga marka „Horses of the State Stud” została wymyślona przeze mnie jako wyznacznik wyjątkowej jakości koni oferowanych na aukcji w Janowie, za organizację której i całego rynku czystej krwi, byłem z ramienia Animeksu odpowiedzialny od roku 1974.

Od czasów prywatyzacyjnego amoku utrzymywana jest w społeczeństwie doktrynerska narracja dyskredytowania przedsiębiorstw państwowych. Niezależnie od mojego krytycznego stosunku do całej koncepcji prywatyzacji, w wyniku której niszczono całe gałęzie przemysłu, setki tysięcy ludzi pozbawiano źródeł utrzymania a najbardziej przedsiębiorczych skazywano na emigrację, z całą siłą i na miarę moich możliwości przeciwstawiałem się prywatyzacji stadnin.

Państwowy system hodowli koni, który dał Polsce i światu najwspanialsze konie arabskie istniał niejako obok, czy równolegle do siermiężnego i często opresyjnego państwa, jakim była PRL. Stadniny w tym świecie były oazami wolności, stworzonymi i zarządzanymi przez ludzi, którzy nie mieli z komunizmem wiele wspólnego. W większości bezpartyjni znakomici fachowcy jak Ignacy Jaworowski, a nawet jeśli należeli do PZPR, jak Andrzej Krzyształowicz, to uznawali to za potrzebne dla ochrony hodowli koni, która za Gomółki uważana była za relikt „pańskiej Polski”.

Konie jednak nie sprzedawały się same. Potrzebne były pieniądze Animeksu, później Polish Prestige oraz wysiłek całych zespołów ludzi, którzy potrafili ciągle poszerzać krąg odbiorców, spotykając się z potencjalnymi nabywcami na kongresach WAHO, międzynarodowych pokazach, organizowali spotkania podczas których polscy hodowcy mogli opowiadać o koncepcjach i sukcesach państwowego programu hodowlanego. W tych wyjazdach najczęściej brali udział Andrzej Krzyształowicz i Ignacy Jaworowski, później też Władysław Guziuk i oni odbierali najwyższe honory. Tworzony więc był całkiem świadomie pewien mit polskich hodowców, a prawda była taka, już nie eksponowana, że sukces był wynikiem zbiorowej wiedzy i mądrości szerszego kręgu hodowców do którego zaliczali się również Roman Pankiewicz, Adam Sosnowski, Teresa Dobrowolska i Andrzej Guziuk.

W świecie, w którym pojawiały się coraz nowe stadniny prywatne, inne prywatne stadniny upadały i znikały była potrzeba eksponowania trwałości i ciągłości polskiego programu hodowlanego. Ciągłość zapewniał system państwowy, a Janów Podlaski, że swoją 180-letnia historią był symbolem tej trwałości i z punktu widzenia narracji marketingowej nie było ważne, ile lat tak naprawdę stały tam konie arabskie. Ważne było, żeby móc pokazać trwanie tej stadniny wbrew wszystkim historycznym tragediom i katastrofom.  W 1998 roku na kongresie WAHO w Bahrajnie, udało mi się przekonać, prezydenta Jay Stream’a, do przyznanie Polsce prawa organizacji konferencji na rok 2004. Marzyło mi się wtedy stworzenie filmu fabularnego o dziejach Janowa od 1939 roku do współczesności. Film miałby wejść na ekrany w roku 2004, poprzedzając kongres WAHO. Celem było oczywiście wyeksponowanie piękna polskich koni, na tle wojennych losów Polski. Oczywistym bohaterem tego filmu byłby Andrzej Krzyształowicz i jego nieco „zmitologizowany” życiorys. W 1999 roku w Nowym Jorku zainteresowałem projektem Mike Nichols’a, którego udział gwarantowałby światowy sukces. Uzgodniliśmy współpracę przy napisaniu scenariusza i zorganizowaniu finansowania, co nie wydawało się trudne, gdyż Polish Prestige posiadała wówczas wysoką sprawność pozyskania wielkich sponsorów.

Stało się inaczej, ale to już inna historia.

Marek Grzybowski